wizzair Pan AndrzejFot. Pixabay.com/kavekostolo

Pan Andrzej przeżył koszmar, powiedział nam wszystko. Chciał tylko zrobić test i odlecieć WizzAirem z Polski

WizzAir w czasie pandemii zredukował liczbę swoich lotów z Polski. To wielu osobom znacznie utrudniło podróże. Wśród nich jest też nasz czytelnik - Pan Andrzej. Okazało się jednak, że anulowanie pierwszego lotu powrotnego było dopiero początkiem poważnych kłopotów.

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Ile lotów odwołano Panu Andrzejowi
  • Jakie kłopoty z testem miał nasz czytelnik
  • Czy Panu Andrzejowi udało się wrócić do domu

WizzAir, podobnie jak wiele linii lotniczych na całym świecie, zmuszony był przez pandemię zrezygnować z wielu lotów. Choć zachęca klientów promocjami, sytuacja jest trudna. Bilety na jeden z nich - z Krakowa do Norwegii - wykupił nasz czytelnik, Pan Andrzej. Był pewien, że spokojnie spędzi kilkutygodniowy urlop w Polsce i wróci do domu. Wiadomość o odwołaniu zabookowanego lotu powrotnego z Krakowa jednak zepsuła mu humor.

Pan Andrzej szybko zdecydował się znaleźć alternatywną drogę powrotu. Chciał wykupić bilet linii Norwegian, lecz okazało się, że ten przewoźnik również wstrzymał swoje przeloty. Po potwierdzeniu tej informacji, nasz czytelnik postanowił poczekać - zostało mu jeszcze sporo urlopu, a miał nadzieję, że w tym czasie pojawi się jakieś nowe rozwiązanie.

Ostatecznie okazało się, że pozostała mu tylko jedna opcja - musiał lecieć innym samolotem WizzAir, który wylatywał z Gdańska. Pan Andrzej mieszka na południu Polski i zmuszony został do pokonania całego kraju pociągiem, a następnie spędzeniu nocy na lotnisku, gdyż wylot był z samego rana. Niestety jednak było to jedyne połączenie bezpośrednie na mniej popularne, norweskie lotnisko. Inne loty były z przesiadkami i nie dawały mu nadziei na dotarcie na miejsce na czas.

Polskie MSZ wskazuje na swojej stronie, że turyści oraz goście z Polski powinni okazać po przylocie do Norwegii negatywny wynik testu na COVID-19, ważny 72 godziny. Choć Pan Andrzej miał stałe zatrudnienie oraz wynajmował tam mieszkanie, nie był jednak pewny, czy jest to wystarczający dowód na jego stały pobyt. Zdecydował się więc na wszelki wypadek wykonać test. Tu znów pojawił się problem - tym razem z tłumaczeniem dokumentu.

Na lotnisku okazać należy negatywny test w języku angielskim, więc nasz czytelnik wykupił tłumaczenie. Dokument otrzymał jednak jedynie w języku polskim, a kolejnego dnia po otrzymaniu wyniku musiał już wyruszać na lotnisko. Postanowił więc zadzwonić i wyjaśnić sprawę.

- W moim przypadku problem był przede wszystkim w tym, że mieszkam w małym mieście. Zadzwoniłem do biura, gdzie się rejestrowałem, byłem zły i zawiedziony - relacjonuje nam Pan Andrzej - Pani stwierdziła, że nie wie, co się stało. Powiedziała, że wyśle zapytanie do laboratorium we Wrocławiu.

Czasu było jednak coraz mniej, a wyjaśnienie sprawy nie nadchodziło. Nasz czytelnik zdecydował się więc osobiście zadzwonić do Wrocławia, jeszcze przed wyjazdem do Gdańska.

- Po 6 godzinach, po mojej osobistej interwencji [telefonicznej - przyp. red.] we Wrocławiu, [otrzymałem tłumaczenie - przyp. red.] - wyjaśnił.

Po zakończeniu rozmowy wyruszył na lotnisko, gdzie czekała go cała noc na terminalu, gdyż o takich godzinach jechał jedyny pociąg, którym miał szansę dotrzeć na czas na samolot. Niestety przez obostrzenia możliwości dojazdu było niewiele.

- Najpierw zwiedziłem całe lotnisko, co nie trwało zbyt długo, choć zrobiłem to bardzo dokładnie. Na szczęście miałem dobrą książkę, więc trochę poczytałem. Około 2 w nocy drzemka wygrała. Około 4 się obudziłem, ponieważ zaczęli się schodzić pracownicy lotniska - opowiedział nam o swojej nocy na lotnisku Pan Andrzej.

Choć na pokładzie nie doszło do żadnego skandalu, tak jak w innym przypadku, który opisywaliśmy, po wylądowaniu Pan Andrzej usłyszał, że ważność testu już się skończyła. Okazało się, że liczona jest ona od chwili zrobienia testu, a nie otrzymania wyniku.

- Tak stwierdził pierwszy pracownik, ale kiedy pokazałem mu stałą umowę o pracę i umowę najmu (na mieszkanie - przyp. red.], stwierdził, że powinni mnie wpuścić - relacjonuje.

Ostatecznie, po całym tym koszmarze, Panu Andrzejowi udało się dostać do domu, gdzie przebywa obecnie na 10-dniowej kwarantannie. Z pewnością tego urlopu oraz przygód podczas podróży nie zapomni jeszcze bardzo długo.

Następny artykuł