Hotel z piekła rodem recenzja książkipixabay.com Pexels ZDJĘCIE POGLĄOWE

Pracownik hotelu zdradził, co się dzieje za plecami gości. Nie do pomyślenia

Chyba każdy z nas był w hotelu przynajmniej raz w życiu. Część osób zatrzymuje się na jedną noc, wyjeżdża i nie zastanawia się nad miejscem swojego noclegu. Inni spędzają w hotelowym pokoju tygodnie, żyjąc w zupełnej nieświadomości, co dzieje się za kulisami, podczas gdy sami niewinnie śpią. Chyba, że sami są „specjalnymi gośćmi”, o których pisze tajemniczy Robert O. Ale nawet ci nie są świadomi, że o ich wizycie będzie się mówić jeszcze długo po tym, jak wyjadą w siną dal.

Powszechnie wiadomo, że do hoteli zjeżdżają najróżniejsi ludzie. Autor powieści przez lata związany z branżą hotelarską widział naprawdę wiele i przerwał milczenie, bezlitośnie obnażając wszystkie tajemnice funkcjonowania 5-gwiazdkowego hotelu od kulis. Nie zamierzał niczego ukrywać, by czytelnicy wreszcie stracili wszystkie złudzenia i z dobitną brutalnością zrozumieli, że zarządzanie hotelem to nie bułka z masłem, a zakalcowata bryła ciasta posmarowana spleśniałym dżemem.

Swoją opowieść zaczyna od mocnego uderzenia. Już w pierwszym zdaniu odziera czytelnika ze wszystkich złudzeń, że trzyma w rękach książkę o milutkiej treści dając mu jasno do zrozumienia, że zaczyna się jazda bez trzymanki. Bo czego innego można się spodziewać po wstępie o fekaliach znalezionych w hotelowej wannie? Później akcja tylko przyśpiesza, a hamulec się zepsuł.


„Hotel z piekła rodem” opowiada o zdarzeniach, jakie miały miejsce w podwarszawski hotelu w zaledwie jeden weekend, a po wszystkie tragikomiczne scenki poznajemy z perspektywy dyrektora przybytku, który zrządzeniem losu musiał wykupić w obiekcie longstay. Jego przeżycia są przeplatane z relacjami poszczególnych członków załogi, jak recepcjonistka Karola, kucharka Izabela, ochroniarz Wojtek czy pokojówka Janina. Każdy z nich widział sceny, jakich nie sposób wymazać z pamięci, a opowiadają o nich z obezwładniającą szczerością.


A mają co opowiadać, bowiem gościli w hotelu iście wyjątkowe osoby, jak para stałych klientów, którzy wykorzystywali hotelowe pokoje w najbardziej lubieżny sposób ze wszystkich czy Anglicy, którzy postanowili świętować wieczór kawalerskich w wyjątkowo mało wyrafinowany sposób. Do tego dochodzą imprezy: wesele, na którym część gości stanowiły seksowne striptizerki, a w roli głównej wystąpiły aż dwie gastronomiczne katastrofy, czy chrzciny, które przyprawiają o szybsze bicie serca. Kiedy się pomyśli, że wszystko wydarzyło się naprawdę, włosy jeżą się na głowie.


To tylko część historii opisanych w książce. Niefortunnych zdarzeń jest o wiele więcej, a każda stanowi świetny materiał na osobny horror. Całość jest jednak podana w niebywale lekki sposób. Wulgarność i humor, niekiedy czarny, to główne znaki rozpoznawcze „Hotelu…”, co sprawia, że przez każdą scenę czytelnik przebywa płacząc ze śmiechu. Przerysowane, kliszowe postaci zdają się idealnie wpasowane w świat przedstawiony, a wiele osób uzna, że faktycznie zna podobną osobę w rzeczywistości.

Powieść jest niepowtarzalną okazją, by zrozumieć, co tak naprawdę dzieje się w hotelach. Większość ludzi zapewne nie ma pojęcia, do jak skandalicznych scen dochodzi każdego dnia w tej branży. Wszystko właśnie dzięki zespołowi, który niemal 24 godziny na dobę czuwa, by nie zakłócać spokoju swoim gościom. Warto o tym pamiętać przy następnej wizycie w hotelu i uważać na to, co się robi (i ile się pije), bowiem w mgnieniu oka można się stać legendą, wyśmiewaną 0przez obsługę jeszcze długo.

Następny artykuł