PRL świąteczne frykasyFot. youtube.com/ PRO100 zmoSTU/ screen

Święta Bożego Narodzenia w PRL-u. Elementy, który sprawiały, że Polscy czuli egzotykę z zagranicznych krajów

Święta w PRL były wyjątkowym wyzwaniem, na które każdy czekał z niecierpliwością. Przygotowania trwały tygodniami, ale efekt pozostawiał wspomnienia na długie lata. Jednym z nich jest smak i zapach cytrusów, które w grudniu można było zdobyć dzięki dostawom z zagranicy. Powiew egzotyki pozwalał na wyobrażenie sobie podróży do tych miejsc.

Z tego artykułu dowiesz się:

  • jak wyglądały przygotowania do świąt w PRL
  • które produkty najtrudniej było zdobyć
  • jak Polacy radzili sobie ze zdobywaniem prezentów

Okres PRL rządził się swoimi prawami i chociaż powszechnie mówi się, że "było ciężko", to wiele osób wspomina z rozrzewnieniem chociażby święta Bożego Narodzenia. Ten wyjątkowy czas był poprzedzony długimi przygotowaniami, w które zaangażowana była cała rodzina.

W czasach PRL przygotowania do świąt były wielkim przedsięwzięciem

Jeśli na co dzień czegoś brakowało, to w święta na stołach lądowały różne frykasy, a pod choinką najlepsze prezenty, jakie udało się zdobyć. Nie wszystko było naszym rodzimym wyrobem, a gadżety z zagranicy i przysmaki takie, jak bakalie, trzeba było wyszukiwać dzięki znajomościom.

Kupienie dobrego mięsa czy karpia było bardzo trudne, jednak to na pomarańcze, mandarynki czy prawdziwą czekoladę wszyscy czekali najbardziej. Towary z zagranicy nie trafiały do wszystkich sklepów, więc największymi szczęściarzami byli ci, którzy mieli wśród znajomych podróżników.

Marynarze zdobywali najlepsze frykasy za granicą, dzięki czemu ich rodziny i znajomi mogli liczyć na odrobinę egzotyki. Owoce z ciepłych krajów, takie jak banany, były najbardziej pożądane. Oprócz tego aromatyczne bakalie i przyprawy korzenne, bez których trudno wyobrazić sobie zapach świątecznych ciast.

Bez znajomości trudno coś załatwić

- Znajomości, rodzina na wsi i dobre rozeznanie co do jakiego sklepu rzucili - to były trzy filary świątecznego zaopatrzenia w PRL-u - nie ma wątpliwości Marzena Szwaczko cytowana przez WP. - Nie było takiej wersji, że kupimy zestaw wigilijny w ostatniej chwili. Przygotowania - czyli zdobywanie wszystkiego, co niezbędne - trwały tygodniami. Bo wtedy też nie mogło zabraknąć na stole niczego. I z reguły nie brakowało. Ale jakim wysiłkiem było okupione!

Wiele produktów można było zdobyć w Polsce, jeśli wcześniej miało się informację o zbliżającej się dostawie. Można też było przeszukiwać różne sklepy, kupować więcej niż się potrzebuje, a potem wymieniać. Ciekawostki na temat przygotowań ze świąt zostały ukazane w wideo zamieszczonym przez PRO100 zmoSTU w serwisie YouTube.

Najlepszymi podarunkami były jednak przedmioty kupione za granicą i przemycone do Polski w ciasno spakowanej walizce. Nawet kosmetyki były chętnie przyjmowane, gdy u nas brakowało dobrej jakości produktów znanych marek.

Prezenty z zagranicy były szczytem marzeń

- U bratanków Węgrów (baza noclegowa u kumpla po hungarystyce) kupiliśmy prezentowe ilości niedostępnych wtedy w "gołopółkowej" Polsce kosmetyków: dezodorantów Fa, mydełek Zielone Jabłuszko czy cudownie miękkich swetrów z wełny szetlandzkiej. Przy granicy do przedziału wpadło kilku celników i bezpardonowo wszystko to wyrzucili nam z plecaków, chcąc zarekwirować. Wściekli na "bratanków", dostaliśmy jednak istnej piany na paszczach, gdy Węgier wyjął nadgryzioną już czekoladę z rąk dziewczynce, która była wraz z mamą w naszym przedziale - wspomina Maryla cytowana przez WP.

- Nasza czwórka tak się rozdarła, że przybiegł jakiś przełożony owych dwóch celników, w wyraźny sposób chcących dokuczyć Polakom. I tenże kierownik czy wyższy szarżą gość (nie pamiętam) to dopiero się wściekł! Ale nie na nas – tylko na rodaków służbistów! Ich pogonił, a nam w trybie nakazowym zalecił schowanie znowu do plecaków naszych budapesztańskich zdobyczy, które miały trafić pod choinkę dla naszych bliskich. Ależ szybko wbijaliśmy te mydełka, dezodoranty i szetlandy z powrotem na dno plecaków - wspomina Maryla w rozmowie z WP.

Jeśli ktoś miał w zanadrzu znaczną ilość dolarów, mógł sobie pozwolić na zakup np. markowych jeansów z zachodu. W Pewexie pojawiały się prawdziwe perełki, które pozwalały upodobnić się do mieszkańców zachodniej Europy czy USA, jednak były na tyle drogie, by przeciętny Kowalski rezygnował z ich zakupu.

Spotkała Cię niecodzienna sytuacja na wycieczce? Prowadzisz hotel lub pensjonat i chcesz podzielić się z nami swoimi spostrzeżeniami lub historiami? A może chcesz skontaktować się z nami w innej sprawie związanej z turystyką? Zapraszamy do wysyłania wiadomości na adres redakcja@turysci.pl

Źródło: Wirtualna Polska

Następny artykuł